Matthew Pearl - Klub Dantego
 




Polecam czytanie Action Maga dołączanego do
CD-Action


Ostatnio wydane:



Dawno nie wpadł mi w ręce tak dobry kryminał. Ba! Pokusiłbym się o stwierdzenie, że dawno nie wpadła mi w ręce tak doskonała książka! Tak, tak. „Klub Dantego” jest jedną z najlepszych powieści, jakie kiedykolwiek przeczytałem.

Autor książki skończył studia filologiczne na Harvardzie, Harvardzie tematem jego pracy dyplomowej był właśnie Dante. Matthew Pearl wie zatem o włoskim poecie – florentczyku – wszystko. I tę wiedzę widać na kartach powieści. Zanim jednak przejdę do opisu fabuły, wyśpiewam jeszcze jedną pieśń pochwalną, tym razem na część wydawcy (Wydawnictwo Literackie), za piękną jakość wydania. Naprawdę majstersztyk. Nie poznacie tego kunsztu oglądają tylko obrazki. Teraz jakości można dotknąć :-). Te słowa z reklamy popularnego browaru nie są wcale użyte na wyrost. Jeśli będziecie kiedyś w księgarni i zauważycie na półce Klub Dantego – weźcie go w swoje łapki. Niby nic nowego. Wypukłe litery były już choćby u Cusslera. Cała okładka jest jednak wspaniałym wprowadzeniem w klimat. Rycina – stylizowana na XIX wieczne ilustracje z gazet amerykańskich – przedstawia jakąś ulicę Bostonu – budynki, ludzi i nieodłączne element tamtego krajobrazu – tramwaj konny. Wszystko to pokryte kilkoma kroplami krwi, które wyglądają tak realnie, że można by je zdrapać (a wypukłe nie są :-)). Grzbiet książki ozdobiony jest inicjałami średniowiecznymi, czy też renesansowymi litery „D”. Nie często okładka sprawia takie wspaniałe wrażenie. Majstersztyk. Majstersztyk...

Przenieśmy się teraz w czasie i przestrzeni. Chodzi mi dokładnie o Boston z roku 1865. Od wojny secesyjnej minęło niewiele czasu. Piątka bohaterów powieści pracuje nad amerykańskim przekładem „Boskiej komedii”. Longfellow, Lowell, Holmes, profesorowie z Harvardu, bostoński wydawca – Fields, a także weteran wojny – Greene. Zakładają oni „Klub Dantego”. Spotykają się co tydzień w domu głównego tłumacza – Longfellowa – i interpretują kolejne pieśni La divina Commedia. Działania te spotykają się z niezadowoleniem niezwykle konserwatywnej Korporacji Harwardzkiej, która z uporem stara się nie dopuścić do ukazania się przekładu. Tymczasem w Bostonie ma miejsce seria morderstw. Najpierw ginie szanowany sędzia, później pastor. Zabójstwa łączy niezwykłe, można nawet powiedzieć, że piekielne okrucieństwo .Dlaczego właśnie oni są ofiarami? No i jaki to ma związek z Dantem i „Boską komedią”? Nasi przyjaciele (chciałoby się dodać: „z Platformy” :-) – mały, polityczny żarcik) odkrywają tę zależność i zaczynją prowadzić śledztwo na własną rękę.

Podoba wam się? Bo mi cholernie. Tym bardziej, że śledztwo jest okraszone interpretacjami kolejnych pieśni „Piekła” (jednej z części Komedii), które podejrzewam, że nawet antyfilologom mogą sprawić przyjemność. Nie ma żadnych „chromatografów gazowych sprzężonych ze spektrometrami masowymi”, ani żadnych innych komputerów. Stary, dobry kryminał, w którym wszystko opiera się na intuicji i dedukcji. Tak jak u Sherlocka Holmesa i Herkulesa Poirot.

Aby jednak docenić książkę, trzeba przebrnąć przez pierwsze rozdziały, które mimo, że rozpoczynają się od zabójstwa – czyli tak, jak przykazał Hitchcock – to są nieco trudniejsze w przyswojeniu. Podejrzewam, że dlatego, iż trzeba sobie to wszystko sobie poukładać. Natłok postaci, które trzeba sobie „powyobrażać” temu nie sprzyja. tym bardziej, że większość nosi brody lub wielkie wąsiska. No ale taki był podobno urok Bostonu – inteligenckiego centrum Ameryki w XIX wieku. Trzeba się też przyzwyczaić do języka, stylizowanego trochę na tamte czasy. Kiedy już jednak przestaniemy mylić postacie i wstrzelimy się w ten język, dostrzeżemy jak wspaniale budują klimat powieści. Najlepsze są… pokoje :-). Akcja dzieje się wczesną zimą, więc kiedy znajdujemy się na ulicy, to prawie czujemy ten chłód przenikający nasze ciało (a może to tylko moje uchylone okno?), a kiedy wchodzimy do domów razem z bohaterami, od razu robi nam się ciepło i marzymy, żeby mieć takie same miękkie fotele i ogrzewające pomieszczenia, cudownie ozdobione kominki. Ech – marzenia……

Warto jeszcze dodać, że trzon fabuły zasadza się na wydarzeniach realnych. Nasi bohaterowie istnieli naprawdę i także tłumaczyli Dantego walcząc z konserwatyzmem elit Harvardu. W powieści mamy kilka cytatów z ich utworów, a autor pisząc powieść opierał się na ich wspomnieniach i zapiskach. Także Klub Dantego to nie fikcja. Wymyślone są jednak zabójstwa i śledztwo (za dobrze by było :-)).

Cóż… Ne pozostaje mi nic innego jak z całego serca zachęcić was do lektury. Podejrzewam, że nie pożałujecie. A w zasadzie to nie macie wyboru. Jeśli mi odmówicie będziecie Ignavi – Obojętni. Chcecie wiedzieć co dzieje się z nimi w piekle? „Rigavan lor do sangue il volto, che, mischiato di lagrime”.

Copyright © 2002-2008 by Clive Cussler Site
Wszelkie prawa zastrzeżone